Często szukając w Sieci rozwiązań swoich programistycznych problemów trafiam na różnej maści projekty OpenSource, będące świetnym (lub połowicznym) ich rozwiązaniem. Problem zaczyna się wtedy, gdy przychodzi do sprawdzenia licencji znalezionego kodu…
Pracując nad kodem firmowym nie zawsze mogę sobie pozwolić na użycie elementów kodu na licencji GNU GPL i częściej wybieram licencję MIT.
Dawno, dawno temu… znalazłem i opisałem licencję WTFPL, która pozwala na dużo, dużo więcej. Ostatnio zaś trafiłem na projekt unlicense.org, który pomaga w przypisaniu „braku licencji”, czyli udostępnienia swojego dzieła w formie Public Domain.
Kolejny dobry pomysł :) Nie zmienia on jednak faktu, że za każdym razem będę czuł pewien element niepewności oraz drżenie palców, w momencie następującym po pierwotnej euforii na znalezienie dobrego kodu… zawsze wtedy pojawia się ta myśl: Sprawdź jeszcze licencję, a dopiero potem się ciesz…